Fez-Dakhla
20.1.2011 około godziny 9 łapanie stopa w Jarocinie z dużą dyktą (Kępno-Śląsk-Proszę)
po ponad godzinnym staniu w mrozie zabrał mnie ziomek który się wrócił po mnie gdyż nie zdarzył wyhamować wcześniej i mnie zabrać. Podrzucił mnie do Kępna 100km i tam od razu w korku wszedłem do Tira który zawiózł mnie do Kluczborka. Ziomuś starszy ode mnie o rok nie mógł uwierzyć że jadę do Afryki i tam autostopem, powiedział że jestem pogibany i w ogóle niezłą miał ze mnie bekę. Pytał się czy myślę o tym że mogę nie wrócić i w ogóle

Dał mi emaila żebym mu foty jakieś wysłał

Następnie dzięki pomocy przez cb dostałem się na godzinę 15 do Katowic a dalej autobusami do Sosnowca do akademika Marka. "Mała" impreza integracyjna i o 2 w nocy kompletna zmiana trasy i zrezygnowanie z Mauretanii z powodu odległości jakie musielibyśmy wykonać każdego dnia. I nie żałuje bo dzięki temu mogliśmy się zatrzymać prawię wszędzie gdzie chcieliśmy i cieszyć się pięknymi widokami ("Chwilo trwaj Ty jesteś tak piękna

) " )
21.1.2011
poranne zerwanie się i w ostatniej chwili zdążyliśmy na autobus i strasznie powolna jazda w kierunku Pyrzowic. Wylądowaliśmy w Frankfurcie Hahn a tam na necie niesamowita radość bo odpisał nam Polak na cs że mieszka 5minut od lotniska i możemy się u niego kimnać 2nocki.
nocki dwie zarwane nieźle, poszliśmy spać odpowiednio o 3 i 5 nad ranem : ) ale cóż zabawa była przednia. Na lotnisku zapoczątkowałem moją akcję gdyż miałem długopisy,baloniki i naklejki do dzieciaków w Afryce ale gdy widziałem płaczące dziecko na lotnisku to dawałem nadmuchanego balonika i lotnisko zamieniło się na dłuższy czas w boisko do siatkówki.
...
23.2.2011 Lądujemy w Fezie, wymiana kasy i chwilowe czekanie na koleżankę Marka, Elizę która przyleciała z Anglii i na tydzień dołączyła do nas.Ledwo co wyszliśmy z lotniska a tu masa gostków z tekstami taxi taxi taxi taxi taxi?? ale my czekaliśmy na naszego zioma z Cs z Fezu który miał po nas przyjechać bo tak zaproponował..przyjechał..taksówką za którą musieliśmy zapłacić uwaga uwaga 220 dirhamów! czyli nieco ponad 7euro wyszło na głowę ale już nie chcieliśmy się z nim kłócic że nas wygibał na sanki. Cóż może nieumyślnie tak zrobił któż to wie.jednak za tę cenę byśmy mogli przejechać taxą 200km : )
24.2.2011 kilkugodzinne zwiedzanie Fezu dzięki ziomkowi który oprowadził nas po sukach i pokazał miejsca do których na pewno byśmy sami nie trafili. Niesamowite Garbarnie i wzgórzę z widokiem na całe miasto. Daliśmy mu na fajki ale warto było. Około 13 chcieliśmy udać się do Sefrou miasta 30km na południe od Fezu gdzie mieliśmy cs. Jeden ziomek zapłacił nam za taxę gdy usłyszał pytanie jak tam się dostać. Jazda klimatyczna w 7 osób starą landarą

bo tak nazywaliśmy stare mercedesy któe były taxami.
Miasteczko nieturystyczne, byliśmy w centrum zainteresowania, miejscowe targowisko przebijało wszystko. Niesamowity bałagan i w ogóle oderwanie się od tego do czego byliśmy przzwyczajeni w Europie, jakieś normy i przepisy : )
Normalnie meksyk : D
Było kika zabawnych sytuacji tam, np. chcieliśmy kupić coś ciepłego na ulicy, spodobało mi się mięsko które wyglądało jak świnka morska ale sprzedawca pokiwał głową i z uśmiechem na twarzy powiedział "syfilis"

więc nam tego czegoś nie chciał sprzedać .
Następnie wchodzimy do sklepu a ziomek mówi spaghetti a sprzedawca daje mu zupki chińskie

o stopowaniu w Maroku mówili nam wszyscy że nie możliwe i niebezpieczne i pokazywali nam miejsce gdzie stoją taxi i autobusy. Jednak my uparci nie chcieliśmy o tym w ogóle słyszeć.
Następny dzień dotraliśmy do Missour, jak to mówie w Missour białe to jedynie widzieli mleko a nie człowieka. Kompletny kosmos i folklor ;D znowu w centrum zainteresowani miejsowych, podobnie jak w Sefrou tylko x10

Spaliśmy w hotelu za jakieś 3euro.
Rano obudził nas głośno mułazin i wyruszyliśmy w trasę, pierwsze auto złapaliśmy na mortadele którą Marek miał na trzymającej łyżcę ; )
Dotraliśmy do Tinghiru a tam mega super cs : ) niesamowity wieczór z dużą rodziną. Gitara, organy, mega kolajca bardzo klimatycznie i wesoło.tego szukaliśmy by odkryć prawdziwe obliczę Maroka i świata Islamskiego : ) bo spanie po hotelach niczego nas nie nauczy. Uwielbiałem sobie przysiąść na krawężniku, ławce itp i na dłuższy czas przyglądać się ludziom jak żyją co robią bo zabytki i to wszystko jest ważne ale dla mnie właśnie ludzie są najważniejsi : )
co do Tinghiru dzieki cs wycieczka kilkukilometrowa do pobliskiego Wąwozu Todra, cudowne widoki nawet tam spotkaliśmy wspinających się Polaków.
Kolejny dzień dotarliśmy do Marakkeszu mimo problemów z policją i dramatycznej jazdy po górach w czasie ulewy i niedziałającej wycieraczki która wyleciała podczas jazdy i kierowca musiał jej szukać. Siedziałem z przodu i modliłem się żebyśmy dojechali na miejsce cali i zdrowi.
Byliśmy ponad 2200m n.p.m w międzyczasie dowiedzieliśmy się ze cs pojechał do Rabatu i nie mamy noclegu wieć do 23 siedzimy na kafejce zdesperowani i szukamy noclegu piszemy do wielu ludzi i podajemy nr marokanski, potem wiele telefonow i brak orientacji kto dzowni ale nocleg był to najważniejsze : )
2nocki w Marakkeszu.miasto dla mnie na kompletny minus.pełno bladych europejczyków biegających z mp3 i aparatami na szyi między meczetami. Pełno naciągaczy i ludzi którzy widzieli w nas tylko pieniądze.
Pożegnaliśmy się z Elizą która została cały dzień jeszcze w tym mieście a ja z Markiem wyruszyliśmy do Agadiru, bardzo szybko udało się nam dojechać i zdecydowaliśmy się pojechać dalej do Tiznitu i odbiliśmy nad Ocean na Aglou Plage , było pięknie,nocka na górzę

piękne gwiazdy i widoki na ocean szkoda że nie takie towarzystwo

ha
potem przepiekne Sidi Ifni i jazda camperem z młodą francuską parą. 30paroletni ziomek jadący 40km/h palący zioło ;D atmosfera przednia : ) Sidi Ifni przeogromna plaża na której było tylko kilka osób. cudo.
Dzień następny dostajemy się szybko do Guelmim gdyż zlapalismy stopa juz na pierwsze auto. Potem mały kryzys gdyż przed i za kazdym miastem od tej chwili były posterunki policji i ludzi nie chcieli mieć problemów i to utrudniało nam stopowanie w Afryce.
a tam zabrał nas absolutne nambeł łan w Maroku (Król

) Mustafa zajmujący się budową meczetów. Ziomek niesamowity nie zamieniliśmy z nim żadnego prawie zdania i dotraliśmy do Tan-Tan tam dzięki gestykulacji udajemy z nim się na obiad (tajiny cos normalnego i pięknego dla nas w Maroku) dajemy mu kasę on odmawia jedziemy w stronę centrum miasta i pokazuje rekomą na spanie a my że Tan tan to nawraca swoim jeppem i wpuszcza nas do mieszkania swojego przyjaciela i zostawia nas z jednym młodym ziomkiem bo jechał dać wypłaty swoim pracownikom. Komiczna sytuacja bardzo..następnie rysowania i w ogóle poznawanie się. Król Mustafa załatwił nam w Maroku i na Saharze 7noclegów nawet 800km dalej i mega wypaśną gościnę u swojej rodziny itp. ;D
Wymiana telefonów i pogadnka po angielsku z jego bratem kierowcą tira który jeździ na trasie Laayoune - Dakhla i mieliśmy się z nim zabrać ale jakiś strajk mieli w porcie i nie było ryb i został w Dakhli a my dotarliśmy fuksem tego dnia 300km do Laayoune ciemno już było jeszcze auto na środku pustkowia nam się zepsuło ale ok

na miejscu dowiadujemy się że go nie ma i nie mamy noclegu więc idziemy do cyber cafe i szukamy cs albo hoteli ale nie nie nie! Król Mustafa wszystko załatwi i jego rodzina też! dzowni i pyta się na jakiej ulicy jesteśmy po chwili 2 ziomów przyjeżdza po nas i gości nas mega wypańsie w może biednym mieszkaniu ale o cudnownej atmosferze. z 3ludzi zrobiło się ponad 10. sisza tajin i w ogóle śmiechy hihy bo oni mówili w tym dialekcie co Marek : ) byli ciekawi Polski i Europy. Kolejna zarwana nocka ale najważniejsza była atmosfera ;D ja odstawiałem kalambury niezłe gdyż z arabskiego to tylko kilkanaście słówek umiem ale było genialnie ogólnie.
Następny dzień musielismy zrobic 540 km do Dakhli..jeden ziomek miał jechać do Boujdur czyli jedynego miasta na tej trasie które stanowiło 1/3 odcinka naszej dniówki km : ) ale gościu gdzieś skręcał i wyrzucił nas na stacji paliw kompletne zadupie nawraca kierowca ciężarówki i zabiera nas szmat drogi muzyka arabska widoki stare auta 70km/h to daje naprawdę poczucie czadowej atmosfery.
po drodze kradniemy sipami piasek z wydm do ciężarówki ;D droga pusta rzadko mijamy auta coś pięknego

jazda kilkaset km wzdłuż oceanu mmmmmmmm

)
jesteśmy 40km przed Dakhla i przyjezdza po nas autem Mahfod brat Króla Mustafy i w Dakhli 3nocki. Niesamowicie naprawdę.. pewnego dnia spracerujemy wzdłuż zatoki a tam znajduje 2mega musze a Marek na to spadaj teraz ja ide pierwszy bo Ty wszystko znajdujesz a tu po chwili 5 mega kilkumetrowych kupek ogromnych muszi ;D wybieramy kilka ale i tak połowa z nich do plecaka nam się nie zmieściła : ) mam takie w domu wielkości dłoni nawet : ) gościna niesamowita... ;D
zwiedzamy port gdyż Mahfoda kuzyn jest managerem tam : ) pięknie.
po 3nocach musimy wracać by ze spokojem dostać się na 10lutego do Fezu

słabo nieco idzie ruch mały ale udaję nam się pokonać 40km z półwyspu na główną trasę

tam z oddali idzie wobec nas potężny z wielkim bagażem ziomek o grubym głosie "My name is Markus, I'm from Italy"

ziomek podrozuje ponad miesiac a jeszcze 1.5 roku chce podrozowac po swiecie. dostac sie na Kanary a tam dalej statkiem do Ameryki takze na stopa w zamian za prace. Jedziemy razem 10km tylko. gosciu wystawia nas na calkowitym pustkowiu nie ma tam nic i a my zdziwieni jak to koniec przeciez tu nic nie ma..a on mowi ze tam kilka km po prawej jest jego dom i skreca w te pustke swoim autem

stoimy stoimy jedno auto na 5min? widzimy z dala z kilku km czy coś jedzie

Markus pogadał trochę i poszedł na pieszo sam w stronę Laayoune.. łapiemy tira który jedzie do Boujdur mijamy Markusa ale nie możemy go zabrać ze względu na brak miejsca..problemy z Policja , zamiast złapać nam stopa by kierowcy sie nie bali to wracaja nas do miasta i czekamy na stacji paliw : )dzien nastepny.. wychodzimy znowu za miasto..i widze jakiegos goscia maszerujacego i biegne do niego..biegne i krycze Markus Markus.!!!.. ale po drodze auto jedzie sam kierowca i nie wiem co wybrac czy autostop czy pogadac z Markusem

gosciu cofnal sie po niego i w trojke jechalismy 200km do Laayoune ! niesamowite spotkanie po 300km

super tempo i jeszcze 300km i bedziemy u Krola Mustafy .. jedziemy tirem w 6osob albo i wiecej

beka niezla.. spotkanie z Mustafa super.. potem mowi nam ze dzien pozniej spimy w jego rodzinnym domu w Guelmim tylko to jest 120km dalej dobra malo ale dajemy sie namowic. chcieli nas wpakowac do autobusu i zaplacic ale my sie nie zgadzamy : ) tam super chata pokoj 50poduszek liczylem kilka razy ;D jedziemy z nimi na termy (tzn z szwagrem Mustafy bo Król dopiero dzień później na śniadanie dotarł

) przed termami super laski ale po chwili przypomniało mi się że to świat Islamski i basen o temp wody 39c jest osobny dla kobiet i mężczyzn.. $##$

cóż he.
ogólnie super super super.. : ) kolejny nocleg miał być w Marakeszu .. : ) Mustafa zawozi nas za miasto za posterunek Policji przechodzimy kontrolę i wyśmiali nas że przejechaliśmy od Fezu do Dakhli autostopem i w ogóle nie kazali nam łapać sami tylko załatwili nam do Tiznitu transport a tam w mieście już złapałem Campera starsze małżeństwo francuskie(co roku 4miesiące spędzają w Dakhli

tacy to pożyją he ) , pierwsze co babka zrobiła jak wszedłem to dała mi fotkę swojego domu we Francji i adres i że mam ich odwiedzić

potem w kierunku autostrady nas wyrzucają w Agadirze a tam niezła konkurencja ale udajemy się na sam koniec łapie na starsze auto a tam w środku 3osoby po 100km zatrzymują się i wchodzimy do domu i jemy z nimi obiad , coś mi niepasowało bo przecież gościu miał jechać do Marakeszu a okazało się że z tej trójki prócz kierowcy był syn i ojciec u których byliśmy na obiedzie bo on ich zabrał na stopa 10km przed nami i taka fajna sytuacja nikt się nie znał a po 100km jemy przy jednym stole i dyskutujemy ; )
Następnie Marakesz nocleg u ziomka który pracował w przepieknym barze "yellow sub" myśleliśmy ze to ten sam osobnik co mu wczesniej odmowilismy cs gdyz konczyl prace dopiero o 2 w nocy ale to byl inny. pokrecilismy sie po miescie i o 1 do niego poszlismy a potem na herbatke i kawe na miasto..znowu z 3osob sie zrobilo 15 i o 4 w domu wyladowalismy w domu

nastepny dzien to chec przedostania sie do Khenifry tez niesamowite autostopowanie. jedziemy jakims busem a tam drzwi boczne sie otwarly a my na ziemi siedzimy a tam niedaleko policja i jakos udalo mi sie zamknac je przed nimi.potem łapie nas gosciu który zawozi może 5km ale na stacji paliw spotyka znajomych i zabierają nas kolejne 20km a tam przepiekne widoki taki polski maj niesamowite łaki kolory już europejskie klimaty się zbliżały.. : )
Marek zrywa pomarancze z drzewa a ja ide dalej a tu zatrzymuje sie golf IV a my nie wiemy o co chodzi i zabieraja nas do Khenifry.. byli to Marokanczycy ale mieszkaja w Itali a teraz sa tu na wakacjach 160km/h i w ogole co tam się działo...

nocleg w hotelu za 3euro i w ogole taki luzik że wszyskto nam się udało. Nastęny dzień mamy tylko 160km do zrobienia do Fezu wieć spimy do 9 i wyruszamy o 11 zatrzymujemy się w Azrou i Ifrane. Miejsowosci gorzyste zabudowania jakbysmy byli w Niemczech albo Austrii. Słyzeliśmy że tam Marokańskie burżuje z całego kraju przyjeżdzają na weekend. Pełno koszy na śmieci i w ogóle porządek . Nie podobało mi się to

nie było masy ludzi na trawie grajacej w karty, cieszacej sie zyciem, nie było dzieciakow grajacych w kapsle i puszczajacych bączki : )
tam złapaliśmy gościa który też jechał na lotnisku i nocka na lotnisku daliśmy radę spokojnie i potem lot do Belgii a potem do Warszawy a nie do Katowic jak mielismy wczesniej planowane bo odwolali nam lot z 12lutego ale szczescie w nieszczesciu ze dzien wczesniej lecielismy dzieki siostrze Marka która załatwiła nam ten lot a tak w ogóle to przypadkowo dowiedizliśmy się w Maroku że lot odwołany

potem z Warszawy do Jarocina 300km ale strasznie zimno bo ciuchy miałem w sosnowcu zimowe a te lekkie Afrykańskie na sobie ale jakoś dałem rade i o 6rano z wylotówki wyruszułem na Łowicz, potem Styków , Konin i do Jarocina do domu zawitałem o 12.30 : ) coś pięknego tak się wykąpać zjeść polski obiad położyć się i oglądnąć fotki i google maps gdzie się było heh ale teraz powrót do rzeczywistości.
jazda w Afryce: jezdzislimy max do 500km dziennie a srednio tak po 300km to i tak dobre wyniki z powodu jazdy tylko w dzien i gorzystych drog, malych predkosci, braku autostrad itp ale to pomoglo nam zobaczyc cale wioski bo musielismy od samego poczatku po sam koniec je przejsc i zobaczyc jak ludzie naprawde zyją.
Podsumowanie:
Dostaliśmy to czego chcieliśmy. Odkryliśmy prawdziwe życie i obliczę Maroka i Sahary Zachodniej.Spanie po domach, jedzenie i przebywanie z całymi rodzinami.
Niesamowita różnorodność Maroka urzekła nas, piękne góry, oazy, pustynie, zielone łaki, oceany, plaże te kilkumetrowe i kilkukilometrowe, widzieliśmy duże 'sprzedajne' miasta jak i te wioski w których byliśmy w centum zainteresowania. Jazda kilkaset km wzdłuż ocenu jest nie do opisania. Miejsca które widziałem zapamiętam do końca życia, klify strasznie mi się podobały mógłbym przy nich siedzieć kilka godzin i oglądać niesamowitą siłe odbicia wody od skał. Widzieć wielbłady na środku drogi podczas marszu stojące obok Ciebie to coś bardzo fajnego tak samo widzieć na plaży setkę różowych flamingów z bliska. Ludzie bardzo otwarci, gościnni i głodni wiedzy o Europie i Polsce. Tylko raz płaciliśmy za stopa ale to tam 10dirhamów na samym początku bo ciężko było się wydostać. Niesamowita kultura i ich świat. Jedzenie przepyszne, słodkośći na ulicy batoniki małe czy duże za 1dirhama (35groszy) żyć nie umierać : ) Widzieliśmy duże zakłady pracy taką garbarnię a także pojedyńczych pucybutów, sprzedawcy papierosów na sztuki siędzacych całymi dniami na krześle na mieście tak samo sprzedawcy chusteczek itp. Myślę że każdy tam jest szczęśliwy na swój sposób i czuje się potrzebny. Dzieciaki cały czas bawią się na dworze, nie mają komputerów ani setek kanałów w tv. Poczułem się tam jakbym przeniósł się w czasie, kasety z piosenkami, oblegane kafejki internetowe, pełne ulice, ludzie spotykający się, masa dzieciaków masa,. Zupełnie coś innego jak w Europie gdzie ludzie są samotni, gdy spojrze przez okno w maju gdy za moich czasów cały czas się bawiliśmy teraz dzieciaki siedzą w domach zamknięci. Obojętnie która była godzina cały czas wioski były pełne ludzi na ulicach jakby nie pracowali,jakby mieli święto..nieważne czy są bogaci czy nie ważne że są szczęśliwi bo o to w życiu chodzi. Co do różnic kulturowych nie będę pisał czasem były jakieś małe nieporozumienia

ale wszyscy szanowaliśmy siebie nazwajem. Niby kilkanaście km jest od Tarify i Tangeru, Hiszpani i Maroka a tak naprawdę to jest inny swiat poczawszy od powitania, wystroju domu, sposobu jedzenia i w ogole podejscia do zycia i kultury

Jednak da się żyć bez telefonu, znajomych itp. chociaż się nieco tęskniło. Ostatnie moje 8 miesięcy życia to ponad 4.5 miesiąca poza domem ale cóż takie życie

Przepraszam za chaotycznie napisany tekst ale chociaż trochę chciałem zobrazować swoją wyprawę.
P.S wyszło nam około 4500km w samej Afryce na stopowaniu plus 600km w Polsce. Koszta nieco ponad 600zl z samolotami, zapłaceniem mandatu, mnóstwem pamiątek, doładowaniami telefonów, płaceniem za internet i obżarstwem
